Berno, miasto prawie idealne; stolica na miarę możliwości

img_4955
Berneńska starówka fot. IA Halgas

W tygodniu to żywe, pełne ludzi miasto, chciałoby się właściwie napisać miasteczko – liczy przecież zaledwie 130 tys. mieszkańców. Jedna z najmniejszych stolic w Europie czy de facto po prostu siedziba rządu szwajcarskiego od 1848 roku. Czuję się tutaj jak na wakacjach – choć w Bernie akurat pracuję, a w biznesowym Zurychu odpoczywam czyli studiuję, piszę itp. – gdy zwiedza się urokliwe starówki miast, pełne sklepików, restauracji i przelewającego się po ulicach leniwie tłumu. A berneńska starówka, pełna arkad i fontann, ma swój niezaprzeczalny urok. Bo też do starówki w zasadzie miasto dla przybysza się ogranicza. Nie licząc niemal zawsze tłocznego, dużego dworca kolejowego, z którego codziennie korzystają dziesiątki tysięcy ‚pendlersów’. Sama bywam jednym z nich.

W tej dziwnej stolicy nie czuć pośpiechu. Nie ma tu nadmiernego ruchu, hałasu, korków w mieście – zdecydowana większość Szwajcarów dojeżdża do miasta pociągiem, w samym mieście nie ma sensu używać samochodu, wszędzie jest blisko i można po prostu przejść. Jeśli potrzebujemy przemieścić się poza centrum najwygodniejsze są tramwaje. W Bernie nie czuje się wielkomiejskiego pędu rano, a jeszcze mniej późnym wieczorem, gdy znakomita część pracujących w stolicy wraca do swoich miast, miasteczek, miejscowości. Pracuję tu od niedawna na mieście i w tramwajach rozpoznaję już znajome twarze. Elegancki starszy jegomość, dziś ogolony, wcześniej zazwyczaj z brodą, w zielonym płaszczu i gazetą po francusku. Wsiada na Bärenplatz, wysiada zaledwie trzy przystanki dalej, a trasa prowadzi przez samo centrum, w bezmgliste dni z widokiem na masywnego Eigera, z odsłoniętą, pionową, północną ścianą, rozpalającą wyobraźnię alpinistów. Może wybiera tramwaj, by przywitać się ze znajomym, w grafitowym kapeluszu i okularach, który podnosi wzrok znad francuskojęzycznych berneńskich wiadomości. Bonjour, ça va? – witają się panowie. Wymieniają jeszcze kilka zdań, wracają do lektury gazet.

img_4986
Widok z wałów, choć niestety bez gór fot. IAH

Najpiękniejszy jest widok z wałów starówki, opasanej z trzech stron niebieską tasiemką rzeki Aare. Od strony okazałego budynku parlamentu można usiąść na ławkach pod platanami i patrzeć na pozwalającą złapać dystans panoramę gór, ośnieżone pasmo Alp Berneńskich. Kilkaset metrów pod nami płynąca żywo Aare i wspaniały bar/restauracja gdzie latem, siedząc na położonym nad wodą tarasie czujemy żywy nurt opadającej kaskadowo tuż obok nas rzeki. I mgiełkę rozproszonej przy spadku z dużą siłą wody.

IMG_5024.jpg
Zestaw na upalne dni;) fot. IAH

Kiedy byłam tu latem niewielka skala miasta, liczba państwowych urzędów, instytucji kultury, uczelni, otaczająca je rzeka, z której nurtem Szwajcarzy chętnie się „spławiają” w upalne dni, zieleń, nasuwały myśl, że to być może miasto idealne. Miasto pozwalające swoim mieszkańcom harmonijnie żyć, dojeżdżać do pracy zaledwie kilka przystanków tramwajem lub rowerem, dające oddech i właściwie zaspokajające wszystkie ich potrzeby. I jeszcze ta liczba kortów tenisowych, sporo z nich pięknie położonych, tuż przy parku, lesie, zoo, i jednocześnie blisko centrum! Teraz, gdy tu pracuję obraz jest bardziej realistyczny. Owszem, skala jest niewielka, żyje się z pewnością wygodnie, ale trochę brak ożywienia, witalności, oferty kulturalnej innych europejskich stolic i nie tylko. Ale jak porównać wielomilionowy Londyn czy Berlin do tak niewielkiego Berna? Z drugiej strony nawet w niewielkich miastach francuskich czy włoskich życie wydaje się bardziej tętnić niż tutaj.

O tym jak inne jest niedzielne oblicze Berna opowiada znajomy, którzy tutaj mieszka, a pracuje w Zurychu (bywa i tak). Z dystansem słucha moich neofickich zachwytów żywotnością Berna. – Jakbyś zobaczyła je w niedzielę, przekonałabyś się jak opustoszałe jest to miasto. Trudno uwierzyć, że to stolica kraju. Zresztą nie tylko w weekend nie powala ofertą rozrywki czy kultury. W Zurychu jest pod tym względem dużo lepiej – mówi David, naukowiec z ETH. Z pewnością Zurych oferuje dużo więcej, bo to dwukrotnie większe miasto. Ja od dawna jednak nie odwiedzam centrum miasta w niedzielę, bo ulice, o których trudno powiedzieć, że tętnią miejskim gwarem czy pozamykane częściowo w niedzielę restauracje, działają na mnie przygnębiająco. Ale tego David, który bywa w Zuri tylko w tygodniu, nie może wiedzieć.

img_4963
Miś brunatny, trochę nieostry (czas chwycić znów za lustrzankę zamiast zadowalać się telefonem) fot. IAH

Ach, i niemal zapomniałam – berneńskie misie! W nazwie (od Bärn) i legendzie o założeniu miasta, w jego miasta, wreszcie rodzina misiów w otaczającej miasto fosie, gdzie obserwują je tłumy turystów. Naprawdę można przyjrzeć się brunatnym, szerokołapym bestiom z bliska. Robią wrażenie – a może dawno nie byłam w zoo (nie zachwyca mnie idea tej instytucji). I nie martwcie się – fosa to w rzeczywistości sporych rozmiarów wybieg, o zróżnicowanym terenie, z drzewami i dostępie do dużej sadzawki-kanału, gdzie misie mogą się kąpać.

The Swiss way of hiking

Engelberg, czyli o tym jak Szwajcarzy chodzą w góry

 

O pobycie w Engelbergu sprzed ponad roku przypomniałam sobie, gdy podczas jednej z wizyt w Krakowie ktoś ze znajomych zapytał: a jak to jest, że w Polsce ciągle słychać o turystach, którzy giną w Tatrach, a o wypadkach w szwajcarskich Alpach, mimo nieporównywalnie większej skali masywu, jakoś mniej. Ano, między innymi, tak…

Na wizytę w Engelbergu cieszyłam się podobnie jak w czasach dzieciństwa (choć nie tylko) na wycieczkę w Krynicy Górskiej. Spacery w słońcu, wjazd kolejką szynową – kiedyś atrakcja sama w sobie – lody, zdjęcia ze szczeniaczkami, budki pełne najprzeróżniejszych pamiątek. Tym razem celem miała być górska wędrówka, więc w odpowiednim stroju, krakowska bon-vivantka zamierzałam jednak przed lub po clue wyprawy uszczknąć nieco przyjemności z pobytu w znanym górskim kurorcie. I tu dochodzimy do sedna – miasteczko minęliśmy niepostrzeżenie, nie mogłam uwierzyć, że to już słynny Engelberg. W niedzielny późny poranek zupełnie opustoszałe, żadnej atrakcji, gwarnej kawiarni, deptaku z różnymi pokusami, które zachęciłyby do zatrzymania się i wyjścia z samochodu. Puste uliczki, niemal wymarłe miasteczko. Podjechaliśmy więc prosto na położony u stóp kolejki parking. I tu dopiero działo się wszystko, to było serce miasteczka. Niemal wszystkie miejsca już zajęte, z kolejnych samochodów wysypują się rodziny, doskonale przygotowane do chodzenia po górach – masywne górskie buty, odpowiednie spodnie, przeciwdeszczowe kurtki na wszelki wypadek, choć jest pięknie słonecznie, kijki, plecaki z wodą i prowiantem.

I wszyscy wjeżdżają na położone na wysokości 1800 m n.p.m., Trüebsee po to, by stamtąd ruszyć dalej i kilka dobrych godzin spędzić wędrując po górach! Rodziny z maleńkimi nawet dziećmi w nosidełkach, staruszkowie parami, grupami, samotne starsze panie, które dziarsko wymijają nas przy kolejnych podejściach (no niestety moja kondycja taka sobie, M. cierpliwie przeczekuje moje cokilkuminutowe kryzysy), młode pary, grupy młodzieży, wszyscy doskonale zaprawieni do tej narodowej rozrywki od dzieciństwa. Że doskonale przygotowani nie muszę nawet wspominać.

O 10.00, gdy zaczynamy naszą przygodę, większość Szwajcarów jest już w górach, często po kilku godzinach wędrówki. My wjeżdżamy krzesełkami na Jochpass (2207 m n.p.m., jest wysoko, jest pięknie, jak dla mnie z lekkim lękiem wysokości dosyć ekscytująco), by ruszyć w kierunku Engstlensee i zrobić miła kilkugodzinną pętelkę z najwspanialszymi szwajcarskimi panoramami wokół, których widok mocno ładuje akumulatory.

W końcu k.16.00, 17.00 wagoniki robią ostatnie kursy na dół. Trzeba więc do tego czasu się zmęczyć, a też po drodze coś zjeść. Często właśnie po drodze, bo w Szwajcarii idea pikniku, również wysokogórskiego, jest bardzo popularna. Argument cenowy nie jest tu chyba jedyny – prosty posiłek w widokowym miejscu, fragmencie skały, z którego rozpościera się niesamowita perspektywa, jest naprawdę niezapomnianym przeżyciem. A po długim marszu nawet zwykła bagietka, ser i koktajlowe pomidorki potrafią zapewnić  niezrównanych doznań kulinarnych.

Aletsch Glacier – the most impressive glacier of the Alps

Aletsch – największy i najbardziej malowniczy lodowiec alpejski

Położony w kantonie Wallis, w Alpach Berneńskich Aletsch za rok będzie krótszy o 50 m. Dziś ten najokazalszy szwajcarski lodowiec liczy prawie 23km długości  i zajmuje niemal 82 km2. Aż trudno uwierzyć, że grubość lodowej pokrywy to, w najgrubszym miejscu, ponad 900 m. Tym miejscem jest Plac Konkordia, gdzie spotkało się kilka lodowców, tworząc gigantyczną lodową powierzchnię.

Aletsch to zdecydowanie największy i najdłuższy spośród 23 szwajcarskich lodowców.

Jest nieustannie monitorowany przez geologów, a od 2001 znajduje się na liście Dziedzictwa Naturalnego Unesco.

Jęzor lodowca, niekończącą się lodowo-skalną pokrywę podziwiam z Eggishorn, z którego roztacza się jeden z najbardziej spektakularnych widoków na Aletsch. Gorąca kawa z powiewem lodowcowego chłodu i widokiem na szaro-biały krajobraz smakuje znakomicie.

Matterhorn – the magnetic symbol of Switzerland

 

Szwajcarski Giewont
150 lecie zdobycia Matterhornu

Matternhorn (4478 m n.p.m.) – charakterystyczny masyw, o którego zobaczeniu na własne oczy marzyłam od przyjazdu do Szwajcarii. Marzenia podkręcały apetyczne zdjęcia szczytu o graniastym kształcie malowniczo zwielokrotnionego przez tafle szmaragdowych jezior u jego stóp.

 

 

Zobaczenie Matterhornu przypomina wrażenia, gdy po raz pierwszy widzi się Wieżę Eiffle’a, Koloseum czy Statuę Wolności. Ach, więc to tak wygląda w rzeczywistości, sądziłam, że jest większa, robi wrażenie itp. W przypadku szwajcarskiego symbolu jest zachwyt i radość – coś znajomego, na żywo, absolutnie monumentalne. Więc najpierw rzut oka z hotelowego pokoju na sam niedostępny szczyt – to chyba nieodpowiednie słowo, skoro każdego roku górę zdobywa szacunkowo 1500-2000 osób, w letnie dni o idealnej pogodzie na szczyt wyniosłej skały próbuje wspiąć się ok. 300 śmiałków. Później widok na całość góry z doliny Zermattu z tarasu, gdzie jemy kolację.
I wreszcie następnego poranka wjazd na Gornergrat (3089 m n.p.m.).

 

To chyba mój rekord wysokości (ach, jak zupełnie bezboleśnie i szybko osiągnięty). Jest imponująco: widok na Matternhorn, na najwyższy szczyt Szwajcarii (to mniej znany Dufourspitze, 4634 m n.p.m.), drugi pod względem wielkości lodowiec i, jak podaje przewodnik, 29 czterotysięczników (chyba się nie doliczyłam).

 

Z pięciu jezior udaje się dojść do trzech (plus dwa mniejsze) i uchwycić podwójne oblicze górującego nad Zermattem masywu.

 

A wieczorem znów podziwianie znanego kształtu szwajcarskiego Giewontu – tym razem podświetlonego niesamowicie, do samego szczytu, z okazji 150 lecia pierwszego zdobycia góry (14 lipca 1865 roku przez Anglika Edwarda Whympera), smutnego, bo 4 z 7 uczestników zmarło podczas powrotu z wyprawy. Dla dopełnienia smutnego obrazka – przez półtora wieku ponad 500 alpinistów zginęło podczas próby zdobycia szczytu. No cóż, zapewne każdy znany masyw ma podobne, przygnębiające statystyki.

 

Dlatego osobiście z przyjemnością podziwiam piękne kształty góry z tarasu, sącząc dobrego Malbecka, podziwiając poruszającą iluminację (światełka zapalają się powoli, jedno, po drugim, przypominając o trudzie i odwadze alpinistów) i myśląc o pięknie i nieprzemijającej potędze gór.

Grüezi, Hoi zäme, Pröschtli!

Książki do nauki coraz popularniejszego Schweizerduetsch.
Książki do nauki coraz popularniejszego Schweizerduetsch.

Wśród ulubionych szwajcarskich słówek w Züridüütsch (szwajcarskim niemieckim) muszę wymienić: Zmorge (śniadanie), które nijak się ma do niemieckiego ‘Frühstück’, Nööd i Nüüt (nie i nic), Abig (wieczór), Lüüt (ludzie), Öpfl (jabłko), En Guete (smacznego). Prawdziwym łamaczem (czy raczej, w tym przypadku zakręcaczem) języka jest ‘Chäs-Chüechli’, oznaczające niewinną tartaletkę z serem.

Niewinne ciasteczko, z powyłamywanymi brzegami;)
Niewinne ciasteczko, z powyłamywanymi brzegami;)

Oficjalnym językiem w Kantonie Zurych jest oczywiście niemiecki, jednak w znakomitej większości sytuacji jego mieszkańcy, podobnie jak Szwajcarzy z innych niemieckojęzycznych kantonów, posługują się swoim dialektem. Często również w rozmowie z cudzoziemcami. Wyobraźcie sobie, że uczycie się od kilku tygodni nowego języka i właśnie chcecie spróbować swoich sił ot np. w księgarni, przy zakupie zamówionej książki do niemieckiego. Tymczasem na waszą zgrabnie sformułowaną wypowiedź sprzedawca wypowiada niezrozumiale i dziwnie brzmiące zdanie, prosicie o powtórzenie i po kolejnej porażce, z ulgą słyszycie zrozmiałe pytanie: Czy chce Pani mówić po niemiecku? Z ulgą, ponieważ jak się okazuje, poprzednie wypowiedzi były w szwajcarskim dialekcie, a tego absolutnie nie spodziewałabym się w księgarni, gdy będę kupować książkę do nauki niemieckiego (poziom, dodajmy, a było to już kilka dobrych poziomów temu, raczej bliższy poczatkującego). Oczywiście była w tym pewna premedytacja i manifestacja ze strony sprzedawcy – jesteś cudzoziemką i możesz uczyć się niemieckiego, ale nie zapomnij, że my, Szwajcarzy, posługujemy się własnym językiem. W odpowiedzi nie omieszkałam się szeroko uśmiechnąć, pan odwzajemnił uśmiech (Szwajcarzy są bardzo uprzejmi i zdecydowanie pogodni) i konwersacja, już znacznie płynniej, popłynęła dalej.

Jezyk 002

Nadal nie próbuję nawet rozumieć wypowiedzi w szwajcarskim dialekcie – przypominają mi one raczej język dalekich przodków z Węgier lub fragmenty „Kalewali” w oryginale, które próbowałam przeczytać w dzieciństwie. Ot, dwa przykłady z rozmówek szwajcarskich dla cudzoziemców, pod znaczącym tytułem „Twój szwajcarski niemiecki. Przewodnik przetrwania”: „Chann öpper armenä Arzt aalütä?” (Czy ktoś może zadzwonić po lekarza?), Törf ich Sii morn aabig zum Ässä iiladä? (Czy mogę zaprosić Panią na kolację jutro wieczorem?). Niestety, gdybym usłyszała te pytania ani spotkanie z lekarzem ani kolacja z pewnością nie doszłyby do skutku.

No właśnie, czy to jednak język? Czy ktoś słyszał kiedyś o szwajcarskim języku? Gdy wyjeżdżałam do Szwajcarii byłam przekonana, że muszę jak najszybciej nauczyć się niemieckiego (z którym na krótko zetknęłam się jedynie w dzieciństwie), a gdy znajomy Niemiec powiedział mi, że Szwajcarzy mówią w tak dziwnym dialekcie, że nie jest w stanie ich zrozumieć, uznałam to za stanowczą przesadę i nawet przejaw braku sympatii w stosunku do Szwajcarów.

Próbka jednego ze szwajcarskich dialektów .
Próbka jednego ze szwajcarskich dialektów .

Jak podkreśla prof. Elvira Glaser z Centrum Lingwistyki na Uniwersytecie w Zurychu, szwajcarska odmiana niemieckiego to dialekt przede wszystkim właśnie dlatego, że jest używana niemal wyłącznie w wersji mówionej. Owszem, zapewne szwajcarski mógłby przekształcić się w język narodowy, jak to miało miejsce choćby w przypadku języka luksemburskiego, który jakiś czas temu został utworzony, dzięki politycznej woli, na bazie niemieckich dialektów, jednak w przypadku Szwajcarii problemem jest wielość dialektów. Każde większe miasto, region w niemieckojęzycznej części kraju posługuje się własnym dialektem, często niemalże niemożliwym do zrozumienia dla osób spoza tego obszaru, jak np. w przypadku szczególnie trudnego dialektu z Wallis.

Szwajcarzy są jednak bardzo do swojego języka mówionego przywiązani i posługują się nim również w wielu oficjalnych sytuacjach. Pamiętam, że podczas obrad Rady Kantonu w zuryskim Ratuszu prowadzący obrady co rusz upominał zabierających głos, by mówili po niemiecku, jednak większość za nic miała te upomnienia i konsekwentnie wypowiadała się w szwajcarskim dialekcie (co jest zresztą normą podczas obrad Rady Miasta). To nie powinno dziwić, skoro szwajcarski dialekt jest ich pierwszym językiem, a znakomita większość Szwajcarów z niemieckojęzycznych kantonów z oficjalnym językiem styka się dopiero w przedszkolu (poza wspomnianymi już kantonami Zurych i Argowia) lub dopiero w szkole. W domu, z kolegami i sąsiadami, dzieci i tak rozmawiają w szwajcarskim dialekcie. Jak czasami żartują cudzoziemcy, dla których nauka niemieckiego w Szwajcarii jest nie lada wyzwaniem, Szwajcarzy boją się mówić po niemiecku, gdyż sami również popełniają błędy językowe. Dlatego, zazwyczaj gdy słyszą, że twój niemiecki jest daleki od doskonałości, bardzo szybko przerzucają się na angielski (którym tutaj posługują się niemal wszyscy, zazwyczaj na bardzo dobrym lub dobrym poziomie – dodajmy, w Zurychu).

Niedawno znajomy (socjolog z wykształcenia, pracuje w firmie ubezpieczeniowej, a jakże), przekonywał mnie, że może nie ma książek pisanych po szwajcarsku (z wyjątkiem podręczników do nauki szwajcarskiego), ale na pewno są wiersze, a więc forma pisana języka istnieje. Jak się okazuje na rynku wydawniczym jest parę książek w języku mówionym – większość z nich napisana jest w berneńskim dialekcie Berndüütsch i zazwyczaj są to poezje czy też poematy (skojarzenie z „Kalewalą” nie było pozbawione podstaw). Wydawania książek w dialektach nie jest popularne również ze wzgledów ekonomicznych – krąg potencjalnych nabywców jest bardzo niewielki, gdyż książki w dialekcie zuryskim nie przeczyta już mieszkaniec Berna czy Basel. Stąd też oczywiście w znakomitej większości przypadków językiem pisanym Szwajcarów jest język niemiecki (może z wyjątkiem sms-ów czy maili, które Szwajcarzy wymieniają z rodziną lub w gronie znajomych).

Literatura w szwajcarskich dialektach.
Książki w szwajcarskich dialektach.

Paradoksalnie, wbrew swoim racjonalnym odczuciom, lubię brzmienie tego ‘zmiękczonego’, ‘zdrobniałego’ języka o charakterystycznym ‘podkręconym’ brzmieniu. I jednocześnie brakuje mi pisanych w nim książek, gazet, dzięki którym mogłabym go oswajać i powoli móc się nim rozkoszować. Brakuje mi literatury (choć Szwajcarami było kilku znanych pisarzy m.in.: Max Frisch, Friedrich Dürrenmatt, obywatelem Szwajcarii był również, pochodzący z Bułgarii, Elias Canetti, pisali oni jednak po niemiecku), uskrzydlającej niektóre słowa i zdania oraz tego szczególnego momentu, gdy po raz pierwszy zaczyna nas wciągać opowieść w języku, który powoli przestaje być obcy.

Nie planuję uczyć się szwajcarskiego, choć oczywiście niektóre słowa i frazy wpadają w ucho i zostają w odpowiedniej szufladce, jedno jest jednak pewne: dzięki tutejszemu dialektowi na pewno żywszymi uczuciami obdarzyłam język niemiecki, jego najbardziej standardową, oficjalną wersję. I z niecierpliwością czekam na wiele ‘czarodziejskich’ chwil przy przybliższym spotkaniu z książkami w języku Manna.

Trzeba jednak przyznać, że Szwajcaria jest niezwykłym i pozytywnym przykładem kraju wielu jezyków – nie tylko czterech oficjalnych, narodowych języków, ale również licznych wersji dialektu szwajcarskiego – któremu udaje się budować poczucie wspólnoty narodowej ponad podziałami językowymi (i religijnymi, dodajmy). Niektóre z dialektów cieszą się większą sympatią mieszkańców kraju jak np. bardziej powolny Berndüütsch, niektóre mniejszą jak dialekt zuryski Züridüütsch, kojarzony z dumą i arogancją ‘City’, a niektóre funkcjonują na szczególnych prawach, uchodząc za swego rodzaju egoztykę wśród dialektów, jak np. mowa mieszkańców Wallis czy Appenzeller.

Próbka szczególnie trudnego dialektu z Wallis:

https://www.youtube.com/watch?v=pTd066ehHWM&list=PL2D20F4E81BC3ED1D

Wzmocniony wypowiedzią obrazek szwajcarskiej prowincji:

https://www.youtube.com/watch?v=NvrNZ4nOXwc&index=2&list=PL2D20F4E81BC3ED1D

I jeszcze: prognoza pogody. Tym razem bardziej zrozumiale:

https://www.youtube.com/watch?v=E3-UfPCubsE

Próbka Züridüütsch dla zainteresowanych. Udzielana pani z Tajlandii, ale mam wrażenie, że szwajcarski brzmi niemal równie egzotycznie jak jej ojczysty język.

https://www.youtube.com/watch?v=kEjG8ur5t7c

Is the Schatzalp the magic Berghof? Highly questionable, but it is the magic mountain!

Czytana w czasach licealnych „Czarodziejska Góra” Tomasza Manna pozostawiła w mojej pamięci kilka wyraźnych obrazów. Oto młody inżynier Hans Castorp po dwudniowej podróży dociera z Hamburga do stacji Davos-Dorf, a następnie do międzynarodowego uzdrowiska Berghof, by już w pierwszej rozmowie z kuzynem Joachimem zderzyć się ze względnością pojęcia czasu. Oto piękna Clavdia Chauchat, intrygująca piękność o wyraźnie zaznaczonych kościach policzkowych z „rosyjskiego stolika”, z którą Hans prowadzi nieustającą grę spojrzeń i słów (‘She must be over thirty’ pomyślał Hans Castorp, a zaraz później: ‘It was the softest, sweetest, most youthful profile in the world, and at the sime time interesting…’, ,The Magic Mountain’, Londyn 1957, tłumaczenie H.T. Lowe-Porter, niestety nie mam polskiego egzemplarza). I wreszcie niekończące się, chwilami pasjonujące, chwilami mniej, z nastoletniej perspektywy, dysputy Ludovico Settembriniego i Leo Naphty.

Berghotel Schatzalp
Berghotel Schatzalp, fot. I.A. Halgas

Muszę przyznać jednak, że podczas lektury dwóch solidnych tomów w oprawie z materiału, najbardziej moją wyobraźnię poruszyła przytoczona przez Joachima historia o sąsiednim, położonym jeszcze wyżej sanatorium. To właśnie tam, zimą, zwłoki nieszczęsnych gruźlików, którym nie pomogło nawet doskonale rozrzedzone powietrze najwyżej położonego kurortu Davos, opuszczane są w dół, do miejscowości, na bobslejach. Zapewne odbywało się to dyskretnie, by niepotrzebnie nie smucić i nie straszyć pozostałych kuracjuszy, którzy jednak mieli świadomość, że wielu z nich właśnie w ten sposób pożegna się z Berghofem, górującym (nie tylko w sensie wysokości) nad pogardzanym „dołem”. Jak wskazuje jednak ta wypowiedź jednego z bohaterów powieści, akcja „Czarodziejskiej…” rozgrywa się raczej w sanatorium położonym poniżej Schatzalpu.

f7ac0283ec
(Source: Dokumentationsbibliothek Davos)

Nieco przypadkowa wizyta w Davos pozostawia nie najlepsze wrażenie. Architektura słynnego kurortu to w znaczącej i przytłaczającej mierze pudełka z płaskimi dachami. Na dole – choć to względne pojęcie, bo leżące na wysokości 1560 m n.p.m. Davos jest najwyżej położonym miastem w Europie – między dwoma stacjami kolejowymi Davos-Dorf i Davos-Platz, jest po prostu nieciekawie. Mimo, że to niedziela, a może właśnie dlatego, słynne uzdrowisko wydaje się niemal wymarłe. Polska Krynica nagle rośnie w moich oczach, pięknieje i nabiera absolutnie stylowego, górskiego charakteru (w rzeczywistości podobno tego lata była mocno rozkopana). Nie dziwię się, że stanęła w szranki ze znanym kurortem organizując własne Forum. Jak jednak przekonują mnie po powrocie szwajcarscy znajomi, do Davos nie jeździ się latem (cha, a przecież Hans Castorp dotarł tu właśnie w środku lata), a raczej zimą, by korzystać z bardzo bogatej infrastruktury narciarskiej. A tak w ogóle do Davos nie jeździ się zbyt często. Pragmatyczni Szwajcarzy uśmiechają się widząc moje rozczarowanie po wizycie w ich sztandarowym kurorcie (nie licząc St. Moritz, o którym innym razem) – Zauberberg swoją drogą, ale piękne góry są przecież również bliżej Zurychu.

IMG_3953
Widok na Davos z Schatzalpu, fot. I.A. Halgas

Dla mnie jednak Schatzalp, z pięknie potraktowanym przez czas i jak się okazuje żyjącym nie tylko na kartkach książki, uzdrowiskiem (choć to oczywiście jakaś forma „życia po życiu” czy raczej po wynalezieniu antybiotyków), stanowi najważniejszy punkt wycieczki. Berghof z „Czarodziejskiej…”, jak już wspomniałam wcześniej, to nie Schatzalp, choć jedynie nazwa tego rzeczywiście istniejącego kurortu pojawia się na kartach książki. Berghof łączy cechy kilku sanatoriów, choć nostalgiczny, imponujący rozmiarami Schatzalp idealnie wpasowuje się w wyobrażenie o eleganckim kurorcie z początku wieku. Nie ma w Davos miejsca, które byłoby lepszym pierwowzorem literackiej czarodziejskiej góry. Przypomnijmy, że Mann przyjechał do niewielkiego Davos w 1912 roku, by odwiedzić swoją żonę Katię, która leczyła się w położonym znacznie niżej niż Schatzalp, Waldsanatorium (dziś Waldhotel). Wrażenia z kilkutygodniowej wizyty u żony oraz pisane przez nią listy postanowił wykorzystać jako materiał literacki. Rozrastające się niczym przedłużany pobyt Castorpa w Berghofie arcydzieło, które w pierwotnym zamiarze miała być skromnym opowiadaniem, pisał od 1913 przez kolejne dwa lata.  Powieść ukończył po kilku latach przerwy w 1924 roku. Pięć lat po publikacji „Czarodziejskiej..” otrzymał literacką Nagrodę Nobla…przede wszystkim za sagę rodzinną „Buddenbrookowie” z 1901 roku. Dodajmy, że pisarz mieszkał w Szwajcarii przez kilka lat i tutaj spędził ostatnie lata życia.

Kolejka szynowa w zaledwie cztery minuty zabiera nas z nudnego dołu i pozwala spojrzeć z góry na panoramę miasta (klocki nie wyglądają wcale lepiej, ale panorama gór otaczających miasto, dodaje mu nieco uroku). Absolutnie rozumiem już kuracjuszy poszukujących w Berghofie nie tylko fizycznego uzdrowienia, ale wręcz kamienia filozoficznego  – na górze jest znacznie ciekawiej! Oto przed nami słynne uzdrowisko, otwarte 21 grudnia 1900 roku,  w 1954 roku przekształcone w hotel, a po kilku dekadach względnego upadku na nowo przywrócone niedawno do życia temu przez nowego właściciela (cena za dobę latem 2014, w dwuosobowym pokoju 130 CHF, jak na szwajcarskie standardy bardzo przyzwoicie, jeśli planujecie przyjechać tutaj zimą – 160 CHF).

IMG_3956
fot. I.A. Halgas

Poczuć ostre, suche zimowe powietrze i promienie słońca leżakując na gigantycznym tarasie – to może być niezapomniane przeżycie. Dodajmy bardzo zdrowe dla naszych płuc. Nie przypadkiem Davos stało się słynnym uzdrowiskiem. Gdy w Europie gruźlica była poważną, śmiertelną chorobą zbierającą niemałe żniwo, we wsi Davos z jej powodu nie ucierpiał nawet jeden mieszkaniec. W oczach chorych to musiało być naprawdę czarodziejskie miejsce. Na początku XX wieku miejscowość zaczęła przyciągać wielu cierpiących na płuca gości z całej Europy, w tym wielu pisarzy, filozofów i artystów (m.in. Ernst Ludwig Kirchner). Byli też zapewne tacy, którzy jak Castorp przybywali tutaj i zostawali znacznie dłużej niż planowali, gdyż sanatoryjni specjaliści, a jakże, potrafili usłyszeć niepokojące szmery nawet w zdrowych plucach.

W niedzielne letnie popołudnie Schatzalp jest doskonałym miejscem na obiad czy kawę na widokowym tarasie czy też bazą wypadową w wyższe partie gór. Wyobrażam sobie jednak, że zimą może tu być jeszcze bardziej magicznie. Dodajmy, że niczym w „Lśnieniu” Kubricka (z łatwością widzę Berghof obsadzony w tym filmie), z pewnością ściany zdobią tu zdjęcia dawno zapomnianych balów z minionego wieku, a za barem pojawiają się podejrzanie niewspółcześni barmani. Na szczęście od leżącego u stóp Schatzalpu Davos, hotel dzieli zaledwie 300 m wysokości i około godzina drogi spacerem w dół.

IMG_3930
Berghotel Schatzalp i mała trasa hm, bobslejowa, widok z góry. fot. I.A. Halgas

Nie najniższe ceny hotelu, choć kiedyś było to bardziej luksusowe miejsce, gwarantują jednak, że planowany tygodniowy pobyt z pewnością nie zamieni się w siedem lat życia, spędzonego na studiowaniu botaniki, filozoficznych dysputach, rozmowach o operze przy doskonałych posiłkach, rozpalonych gruźliczną gorączką romansach, spacerach po lesie i leżakowaniu na zalanym słońcem tarasie. Co wydaje się nie najgorszą alternatywą dla nizinnej, nie zawsze magicznej, egzystencji.

Traumstadt Zürich

Zurych. Widok z wieży obserwacyjnej na górze Uetliberg.
Zurych. Widok z wieży obserwacyjnej na górze Uetliberg.

„Chętnie widzielibyśmy tu Nowy York” – takie wyobrażenie o swoim mięście mają mieszkańcy Zurychu, dodajmy zdaniem Szwajcarów z innych kantonów (w jednej z ankiet przeprowadzonych wśród Szwajcarów i opublikowanej w lokalnej prasie). „Są po prostu zarozumiali” – mówi Roland, mój znajomy, Szwajcar z regionu Appenzeller. Tego, że jest największym szwajcarskim miastem, kradnącym splendor nawet stolicy (liczba mieszkańców Zurychu jest ponad trzykrotnie większa niż liczba ludności stolicy tj. Berna), nie mogą wybaczyć niewielkiej metropolii nad Limmatem (380 tys. osób), mieszkańcy pomniejszych miast i miasteczek. Dodajmy, że Rolandowi przeprowadzki do Zurychu nie mogą wybaczyć znajomi i krewni z jego rodzimej społeczności. I choć St. Gallen, największe miasto w regionie, dzieli od Zurychu zaledwie godzina drogi, to, jak zaznacza, są to zupełnie inne światy. „Musisz pamiętać, ze kiedyś ta odległość to była cała wyprawa do pokonania. Dla mieszkańców położonych na zboczach i w dolinach gór miejscowości tak dużo znów się nie zmieniło” – dodaje.
Wróćmy jednak do stolicy kantonu Zurych, malowniczo rozpostartej na końcu Jeziora Zuryskiego i przedzielonej na dwie, różnorodne części rzeką Limmat (pojednej stronie przestronna Bahnhofstrasse, banki i instytucje, po drugiej Niederdorf, z wąskimi uliczkami starego miasta, pubami i barami, gdzie wydaje się pieniądze zarobione w części biznesowej). Zurych – największe i najbardziej znane miasto Szwajcarii, ale jednak nie stolica (choć nie wszyscy pamietają, że tą ostatnią jest Berno). Duma Szwajcarii, miasto aspirujące do tego, by stawiać je w jednym szeregu wraz z Londynem i Berlinem, a jednocześnie spokojne, kameralne i bardzo ekologiczne miejsce do życia.

Ogród chiński w Zurychu,  tuż przy jeziorze. W słoneczne popołudnia,  a zwłaszcza weekendy trawnik zapełniony jest kocami i małymi grillami, na których mieszkańcy smażą kiełbaski (jedno z ulubionych  lokalnych dań) i piją piwo, wino (procenty "pod chmurką" dozwolone)
Ogród chiński w Zurychu, tuż przy jeziorze. W słoneczne popołudnia, a zwłaszcza weekendy trawnik zapełniony jest kocami i małymi grillami, na których mieszkańcy smażą kiełbaski (jedno z ulubionych lokalnych dań) i piją piwo, wino (procenty „pod chmurką” dozwolone)

Opinie o Zurychu i życiu w mieście bywają skrajne, oczywiście mam na myśli opinię osób, które przeprowadziły się tutaj niedawno, bo rodowici Zurcherzy są w znakomitej większości z życia tutaj zadowoleni, a z samego miasta bardzo dumni. Inna rzecz, że zwłaszcza młodsi mieszkańcy wyjeżdżają z miasta często, na krócej lub dłużej, a podróże, również te bardzo dalekie, to norma. Przewodniki, wliczając te po najdalszych zakątkach świata, zajmują całe obszerne piętro w lokalnych sieciach ksiegarni Orell Füssli (coś na kształt polskiego Empiku), a z zuryskiego lotniska można polecieć do niemal 200 miejsc na świecie. Wróćmy jednak do wrażeń nowych przybyszy: „very lively and friendly” – mówią niektórzy, a uroki spokojnego, eko-życia w mieście na pewno doceniają ci, którzy mają już dzieci. Z drugiej strony duża ilość młodych expatów, często singli, którzy przyjeżdżają tu do pracy sprawia, że również życie klubowo-imprezowe jest dość bogate. Nie da się jednak ukryć, że duch jednego z „ojców” reformacji, związanego z Zurychem Huldrycha Zwingliego ciągle jest wyczuwalny w mieście nad Limmatem – zwłaszcza w niedzielę senność miasta (zamknięte są wszystkie sklepy, a także część restauracji) połączona z kanonadą kościelnych dzwonów, rozbrzmiewającą od poranka, bywa przytłaczająca.
„Lengweilig” w niemieckiej wersji lub „boring” – te określenia słyszę równie często od żyjących tu znajomych. Zwłaszcza tych, którzy często przyjeżdżają tutaj prosto z Londynu, Nowego Yorku, Singapuru lub w ostatnich latach żyli w metropoliach na różnych kontynentach. A ilość miejsc, w których mieszkali poznawani w Zurychu znajomi potrafi być imponująca – kilkanaście państw, kilka kontynentów nikogo tu nie dziwi. Wręcz przeciwnie – nie mogą uwierzyć, że dotychczas żyłam jedynie w Polsce. „Gdzie wcześniej mieszkałaś/mieszkałeś?” – to jedno ze standardowych pytań, które zadają sobie wzajemnie członkowie licznych grup dla tzw. expatów (osób żyjących poza granicami swojego kraju). Dla wielu z nich Züri to kolejny przystanek, gdzie zatrzymają się jedynie na krótszy lub dłuższy czas.

Stylowe kąpielisko Stadthausquai dla pań w samym sercu miasta. Założone 126 lat temu.
Stylowe kąpielisko Stadthausquai dla pań w samym sercu miasta. Założone 126 lat temu.

Jak wspomniałam wcześniej sporo osób docenia jednak uroki zuryskiego eco-życia: kompaktowość miasta, doskonały, cichy i nowoczesny tabor komunikacji miejskiej, a przede wszystkim symbiozę tkanki miejskiej z naturą.
Otoczone niewielkimi górami i zielonymi wzgórzami, których nikomu nie przyszło na myśl zabudowywać blokowiskami czy potężnymi apartamentowcami (zazwyczaj na wzgórzach znajdują się ogródki działkowe mieszkańców z małymi chaletami i dumnie wywieszonymi szwajcarskimi flagami – tak, tak, flagi są wszędzie, ale o tym, kiedy indziej), przecięte dwoma kanałami rzek (Limmatu i Sihlu) i szeroko otulające miejską tkanką malownicze Jezioro Zuryskie (Zürichsee po niemiecku, Zürisee w szwajcarskim dialekcie). Nie zapomnijmy oczywiście o niesamowitym widoku na góry, co nie zdarza się tu znów tak często, bo Zurych znany jest ze swojej mglistej i przez większą część roku niezbyt wyrazistej pogody. To dla mnie zawsze małe święto codzienności, gdy ośnieżone szczyty wyraźnie rysują się na horyzoncie, gdzieś hen za taflą jeziora. Czasami właśnie wtedy – podobnie jak w letnie wieczory, spędzane w knajpce nad samym jeziorem, z lampką Aperol Spritz i przebijającym przez liście platanów magicznym widokiem na Glarneńskie Alpy, u stóp których rozlewa się Zürichsee – ma się poczucie, choćby przez chwilę, że w żadnym innym miejscu życie nie może być piękniejsze i bardziej harmonijne.

Knajpka nad brzegiem jeziora.
Knajpka nad brzegiem jeziora.